All tagged okolice San Francisco

Amerykańskie #firstworldproblems, czyli jak Stany utrudniają mi życie

Jeśli przeczytałaś chociaż jeden wpis z mojego bloga, na pewno zorientowałaś się, że uwielbiam Kalifornię i polecam przeprowadzkę tutaj z całego serca. Kocham to słońce, uśmiechniętych ludzi, awokado na śniadanie i pracę w światowej stolicy technologii. Jest jednak kilka małych rzeczy typowych dla Stanów czy Kalifornii, które utrudniają mi życie, a które w Polsce rozwiązaliśmy zdecydowanie lepiej. Oto moje #firstworldproblems - edycja kalifornijska.

Jednodniowa wyprawa do Big Sur

Kilka tygodni temu po raz pierwszy w życiu miałam okazję odwiedzić Big Sur - jedno z najpiękniejszych miejsc w Kalifornii. Jak twierdzi przewodnik Lonely Planet, który wzięłam ze sobą - Big Sur to nie miejsce, Big Sur to stan umysłu. Przekonałam się o tym na własnej skórze, chodząc po tamtejszych górach i oddychając tamtejszym czystym powietrzem.

Mieszkamy w na tyle dziwnym miejscu, że wstając rano, nie wiemy, którą drogą będzie nam lepiej dojechać do pracy, i każdego dnia sprawdzamy, jak akurat wtedy wygląda ruch samochodowy. W dużym skrócie: mamy do wyboru przejazd dłuższą, ale mniej uczęszczaną (bo i płatną) drogą, lub krótszą - ale zwykle bardziej zakorkowaną. Tą bardziej zakorkowaną opcją jest jedna z najbardziej znanych, obok Route 66, tras Stanów Zjednoczonych - Highway 101.

Mamy nową weekendową tradycję - po śniadaniu chodzimy na boba tea lub, jak mówią niektórzy, bubble tea. Boba tea pochodzi z Tajwanu (więcej na jej temat polecam poczytać na poradnikzdrowie.pl) i to właśnie nasza znajoma Tajwanka poleciła nam miejsce, gdzie chodzimy na herbatę. Zwykle jesteśmy jedynymi osobami, które nie zamawiają po mandaryńsku i rzeczywiście gdyby nie nasza znajoma, pewnie nie mielibyśmy pojęcia, co tam wziąć. Na sushi najlepiej chodzić tam, gdzie chodzą Japończycy, na burrito - gdzie chodzą Meksykanie, na pierogi - gdzie chodzą Polacy, a na boba tea - gdzie chodzą Tajwańczycy :)