Kategorie wpisów

Najpopularniejsze wpisy

Amerykańska obsesja pikantnymi przyprawami

Amerykańska obsesja pikantnymi przyprawami

Amerykańskie jedzenie nam, Europejczykom, kojarzy się bardzo źle. Fast foody, produkty genetycznie modyfikowane, wielkie porcje, olbrzymie ilości cukru i tłuszczu - i można wymieniać tak bardzo długo. Przeprowadzając się do Stanów, na to wszystko byłam przygotowana i muszę przyznać, że nie jest źle - szczególnie w Kalifornii, gdzie można znaleźć naprawdę bardzo fajne, zdrowe knajpy i sklepy. Jeden jednak kulinarny nawyk doprowadza mnie do szaleństwa - obsesja na punkcie jedzenia na ostro.

 

Moja najukochańsza restauracja w okolicy nazywa się Poki Bowl i serwuje wariację na temat poke - tradycyjnego hawajskiego dania rybnego. Najlepiej wyobrazić to sobie jako zdekonstruowane sushi - osobno ryby, osobno warzywa, wszystko surowe, w marynacie, posypane sezamem i suszonymi wodorostami, podane na klejącym się ryżu używanym w sushi. Danie jest tworzone przy tobie - sama sobie wybierasz składniki, wybierasz też marynatę i sosy. Poki Bowl uwielbiam za tę dowolność w wyborze składników, ale też i ich świeżość - od ryb, przez sałatę, po awokado - wszystko jest zawsze wysokiej jakości, aż ślinka mi cieknie na samą myśl. Dlatego serce mi się kraje, kiedy ludzie w kolejce przede mną proszą o naostrzejszą marynatę, srirachę i pikantny majonez. Myślę sobie wtedy:

 

Po co chodzić do miejsca znanego ze świeżej, pysznej ryby, skoro zabija się jej smak przyprawami? Lepiej już zostać w domu, ugotować sobie ryż i zalać srirachą - wyjdzie na to samo, a będzie szybciej i taniej.

 

Jak większość Polaków, wychowana jedynie na pieprzu i soli, ewentualnie słodkiej papryce, mam bardzo niską tolerancję jeśli chodzi o przyprawy. Nie mam problemu z wasabi czy czosnkiem - do jedzenia tychże przygotowały mnie nasze polskie niedzielne grille, kiedy to cały kraj zajada się kiełbasą z musztardą i sosem czosnkowym. Ale jeśli chodzi o przyprawy u nas mniej znane - sriracha, tabasco oraz papryki jalapeño i habanero - tych już jeść nie jestem w stanie.

Poza niską tolerancją do przypraw, mam też głęboką nieufność co do dań mocno przyprawionych. Zawsze rodzi się we mnie przeczucie - w większości wypadków pewnie błędne - że tonące w pikantnym sosie kawałki ryby czy kurczaka są nieświeże, a restauracje używają przypraw, by tę nieświeżość przykryć. Próbuję sobie logicznie tłumaczyć, że zatrucia pokarmowe w Stanach często kończą się pozwami sądowymi - miejsca serwujące nieświeże jedzenie szybko poszłoby z torbami. Nieufność zostaje.

 

Zastanawiałam się więc - czy ze mną jest coś nie w porządku? Dlaczego wszyscy dookoła mnie zajadają się jalapeños, a ja muszę zawsze prosić o non-spicy option? Ja - taka otwarta na inne kultury i ciekawa nowych smaków?

 

Na początku myślałam, że powodem muszą być imigranci, bo w Kalifornii powodem wszystkiego są imigranci (duh...). Szczególnie tu w Dolinie Krzemowej otoczona jestem przez mniejszości z krajów jedzących tradycyjnie bardzo pikantnie - Indie, Meksyk, Chiny, Tajlandia i wiele innych. 

Tak, tylko to nie tłumaczy, dlaczego Stany mają wiele tradycyjnie amerykańskich, lokalnych dań, które poziomem pikantności nie odbiegają od meksykańskiego czerwonego ryżu czy koreańskiego kimchi. Nie tłumaczy to też, dlaczego w inspirowanych Włochami restauracjach dostaję do pizzy zestaw jedynie pikantnych sosów. Ani dlaczego srirachą i tabasco zajadają się Amerykanie nie lubiący potraw dalekowschodnich czy latynoskich, ba! - Amerykanie nie lubiący imigrantów i wszystkiego, co z nimi związane (poza sosami, jak widać). Nie tłumaczy to też, dlaczego wszyscy zalewają pikantnymi dodatkami moje ukochane hawajskie poke - tradycyjnie podawane jedynie z sosem sojowym i glonami. Pikantna obsesja pozostawała zagadką.

 

Teoria niebezpieczeństwa

Kilka tygodni temu przez przypadek trafiłam na bardzo fajną teorię z Scientific American. Zgodnie z nią uwielbienie mocnych przypraw jest bardziej psychologiczne niż fizjologiczne. Logicznie myśląc - nie powinniśmy lubić smaku mocnych przypraw, te bowiem aktywują w języku receptory odpowiedzialne za ból. Kawa i tytoń też są dla nas obiektywnie nieprzyjemne, jednak niosą za sobą uzależnienie i po pewnym czasie ich smak bardzo się nam podoba. Ale mocne przyprawy nie mają tych samych właściwości uzależniających, przynajmniej nie w tym sensie.

Chodzi o to, że jedzenie na ostro zastępuje nam w życiu niebezpieczne sytuacje - podobnie jak skoki ze spadochronu czy oglądanie horrorów. Nasze pokolenie, przynajmniej to mieszkające w Europie i Stanach, nie doświadczyło wielkich wojen, głodu i kataklizmów, więc dreszcz emocji dostarczamy sobie w inny sposób. Oglądając horror, czujemy strach i podniecenie, ale obiektywnie wiemy, że jesteśmy bezpieczni. Podobnie gdy jemy pikantne potrawy, nasze ciało czuje, że to coś może być trucizną, czujemy w końcu ból! Obiektywnie jednak zdajemy sobie sprawę, że nic nam nie grozi. Artykuł bardzo fajnie tłumaczy tę teorię:

Perhaps we seek out the painful experience of snacking on chillies while consciously maintaining awareness that there is no real danger to ourselves. After all, people seem to enjoy – and actively seek out – many other sensations that are otherwise undesirable but are ostensibly safe: the sensation of falling provided by rollercoasters or skydiving, the feelings of fear and anxiety while watching horror movies, the physical pain experienced upon jumping into icy water, or even the feelings of sadness that come while watching a tear-jerker. Perhaps it is this cognitive mismatch itself that provides the thrill: like strapping into a rollercoaster or popping Hostel into your DVD player over and over again, the burn of capsaicin only seems to be threatening.

Po przeczytaniu artykułu pomyślałam o moich znajomych, którzy lubują się w bardzo pikantnym jedzeniu. Wszyscy, co do jednego, wpadają do jednej z dwóch grup - albo, naturalnie, imigranci lub dzieci imigrantów z krajów azjatyckich (Indianie, Tajwańczycy), albo koledzy i koleżanki, którzy żyją na krawędzi - hodują egzotyczne zwierzęta, biorący udział w wyścigach samochodowych, lubują się w filmach akcji. To był mój aha moment - od tamtego czasu tłumaczę sobie tę pikantną obsesję następująco:

 

Amerykanie to społeczeństwo, w którym ryzykowne zachowania są nagradzane - przedsiębiorcy zaczynający od zera są gloryfikowani, filmy są pełne przemocy, posiadanie broni jest czymś normalnym. Pikantne jedzenie jest częścią tej kultury podejmowania ryzyka.

 

Naukowe wytłumaczenie? Niekoniecznie, ale czuję, że bliskie prawdy.

Jak mieszkanie w Stanach dobrze wpłynęło na moją psyche

Jak mieszkanie w Stanach dobrze wpłynęło na moją psyche

Wywiad, którego nie było

Wywiad, którego nie było