Dziecko w Kalifornii: gorzkie przemyślenia o Dolinie Krzemowej

Dziecko w Kalifornii: gorzkie przemyślenia o Dolinie Krzemowej

Mój syn skończył w tym tygodniu 6 tygodni. Narodziny dziecka bez dwóch zdań zmieniają perspektywę na właściwie wszystko - dobro Franka dyktuje teraz każdą decyzję. Chociaż nadal jestem bardzo zadowolona z mojego życia, małżeństwa i pracy, moje odczucia co do Doliny Krzemowej znacznie się pogorszyły, bo mam wątpliwości, czy to najlepsze miejsce dla mojego syna. Zobaczymy, czy te przemyślenia to tymczasowy efekt baby blues, czy ta nowo odkryta niechęć zostanie mi w głowie na stałe. 

Napisałam w poprzednim tekście o ciąży w Dolinie Krzemowej, że trudno jest tutaj znaleźć opiekę do dziecka - szczególnie opiekę w przystępnej cenie. Nie ma w Stanach publicznych żłobków, ale nie ma też urlopów macierzyńskich (w Kalifornii jest 6-tygodniowy, płatny w 55%), dlatego pierwszy rok życia dziecka bije Amerykanów po kieszeni mocniej niż przeciętnego Europejczyka. Byłam przygotowana na takie problemy - te instytucjonalne, bezpośrednio związane z macierzyństwem.

Moja lewacka ściana na Facebooku przepełniona jest tekstami o tym, że w Stanach lekarze zbyt szybko decydują się na cesarkęśmiertelność wśród amerykańskich niemowlaków jest wyższa niż wśród europejskich, czy że nierówności płacowe pomiędzy płciami zwiększają się w wieku rozrodczym. Sporządziłam więc plan na negocjacje z ginekologiem-położnikiem w przypadku komplikacji, przeczytałam wszystko, co się da o nagłej śmierci łóżeczkowej (SIDS), a przed pójściem na urlop macierzyński skończyłam bardzo duży projekt i ogłosiłam szefowej, że myślę, że zasługuję na premię (zobaczymy za kilka tygodni - trzymajcie kciuki).

Na te problemy mogłam się przygotować. Ale w Kalifornii wszystkie problemy prowadzą do nieruchomości. I do starego dobrego egoizmu. Innymi słowy:

Astronomiczne ceny niszczą społeczności stworzone przez średnią klasę, a tym samym wypychają stąd rodziny z dziećmi.

annie-spratt-605838-unsplash.jpg

Dolina Krzemowa to miejsce dla ludzi robiących karierę. Pracowników firm technologicznych, którzy przyjechali tutaj budować świat jutra. Bez względu na to, czy interesują cię media społecznościowe, samosterujące samochody, rzeczywistość wirtualna, czy sztuczna inteligencja - w północnej Kalifornii znajdziesz najciekawsze projekty i dobre wynagrodzenie za twoje umiejętności techniczne. 

Wysokie zarobki, nadmiar stanowisk pracy i nienadążający za popytem rynek nieruchomości powodują, że mieszkanie w Dolinie jest niezwykle drogie. Obydwoje ja i mąż pracujemy w technologiach, a kupienie domu w promieniu 30 minut samochodem jest dla nas nieosiągalne. Wynajmujemy mieszkanie, ale niewiele nam zostaje do odłożenia. Kiedy Franek pójdzie do żłobka, dojdzie nam ~$2300 do wyłożenia miesięcznie i pewnie dopóki nie skończy on przedszkola, nic nie uda nam się odłożyć.

Oczywiście, nie tylko my mamy takie dylematy. Znajomi też kalkulują i wszystkim wychodzi, że nie stać ich na kupienie domu. Wynajęcie jest o wiele łatwiejsze, ale po kilku latach coroczna przeprowadzka z mieszkania do mieszkania, by uciec od rosnącego czynszu, staje się męcząca. Przyjechałam do Doliny Krzemowej w 2015 roku, a jestem już w czwartym mieszkaniu, bo czynsz z roku na rok rośnie 10-20%. Średnia wynajmu mieszkania w San Francisco to $3500. Dla porównania średnia wynajmu na Manhattanie to $3050, a w tak drogiej wydawałoby się Genewie - $2200.

No więc nikt domów nie kupuje - a przynajmniej nie kupują ich ci, którzy nie mają pomocy rodziny, nie odziedziczyli dużego spadku, czy nie zainwestowali w odpowiednim momencie w Bitcoiny. Ci, którzy domy mają, sprzedają je chińskim biznesmenom i kupują 5 razy większe posiadłości w Arizonie, Teksasie czy Kolorado. I dobrze przeczytaliście o chińskich biznesmenach - w Dolinie Krzemowej tysiące domów, kupionych jako inwestycja przez azjatyckich milionerów, stoi pustych - podczas gdy nawet pracownicy Tesli przeprowadzają się do swojego vana, żeby spłacić dług zaciągnięty na studia.

 Najnowsze biuro Apple, w którym pracuje 12 000 osób.

Najnowsze biuro Apple, w którym pracuje 12 000 osób.

Rozglądam się dookoła po moich znajomych - większość z nich jest po trzydziestce. Ci, którzy mają tutaj rodzinę (rodziców), pewnie zostaną, ale trudno jest z nimi pogłębić przyjaźń, kiedy każdy weekend spędzają z mamą, a każde wakacje z kuzynostwem, które ma dzieci w tym samym wieku.

Imigranci, którzy nie mają dzieci, robią kariery - wiecznie są w podróży, na konferencji, albo akurat muszą pracować w weekend. Bardzo trudno stworzyć z nimi stabilną społeczność, na której można polegać w trudnych chwilach. Szczerze mówiąc, to ci ludzie zainspirowali mnie do takich gorzkich przemyśleń o Dolinie Krzemowej. Jestem zawiedziona na niejednej koleżance, które to koleżanki jeszcze kilka miesięcy temu deklarowały, że będą mnie odwiedzać i pomagać w zajmowaniu się dzieckiem. Można się domyślić, że na deklaracjach się skończyło.

Imigranci, którzy dzieci mają albo się ich spodziewają, myślą o przeprowadzce. Mojej koleżance Irlandce urodziły się bliźniaki - w ciągu roku przeniosła się do Teksasu, bo odłożone miała pieniądze na jedno dziecko i nie stać jej było tutaj na żłobek lub nianię dla dwóch maluchów. Moja inna koleżanka wróciła do swojej ojczystej Rumunii zaraz po zakończeniu urlopu macierzyńskiego - teraz pracuje jako inżynier freelancer z domu rodzinnego. I w końcu ostatnia koleżanka, u której po urodzeniu dziecka pojawiła się depresja poporodowa. Sprowadziła z Chin swoją mamę, która teraz opiekuje się nią i jej synem, podczas gdy mąż pracuje 12h na dobę. Jak mamie skończy się wiza, wrócą całą rodziną do Chin.

Wszystko, co napisałam powyżej, pojawiło się na blogu już w tej czy innej formie. Dlaczego do tego wracam?

Narodziny dziecka zmieniają perspektywę. Nie chodzi już tylko o satysfakcję z posiadania domu i dobrej pracy. Chodzi o to, żeby mój syn dorastał w tętniącej życiem społeczności, miał się z kim bawić, uczyć, dorastać. Żebyśmy nie musili go przenosić z podstawówki do podstawówki, bo zmieniamy okręg szkolny, uciekając przed wiecznie podnoszącym się czynszem. Żeby miał znajomych w swoim wieku także poza szkołą oraz przyszywane ciocie i wujków - naszych przyjaciół. Jeśli uda nam się znaleźć dom - żeby sąsiedzi nie wyprowadzali się do Teksasu czy Kolorado, a domy dookoła nas, kupione jako inwestycja, nie stały puste. Żebyśmy nie musieli wiecznie szukać nowych lokalnych przyjaźni, bo wszyscy nam bliscy przeprowadzili się na drugi koniec kraju. Żeby nauczyciele mojego syna nie musieli mieszkać w vanie, bo nie stać ich na wynajęcie mieszkania.

Ot, takie przemyślenia.

Bycie w ciąży w Kalifornii

Bycie w ciąży w Kalifornii