Kategorie wpisów

Najpopularniejsze wpisy

Amerykańskie #firstworldproblems, czyli jak Stany utrudniają mi życie (2)

Amerykańskie #firstworldproblems, czyli jak Stany utrudniają mi życie (2)

Nic nie motywuje tak bardzo do powrotu na bloga, jak potrzeba ponarzekania! Połowę mojego wolnego czasu w tym tygodniu zajęło mi sortowanie dokumentów, spłacanie szpitalnych rachunków i wypełnianie formularzy podatkowych – pozwolicie, że podzielę się z wami moim bólem. Po kręceniu nosem na amerykański transport publiczny, scoring kredytowy i idiotyczny zakaz henny, czas na kręcenie nosem na pocztę, podatki i rachunki medyczne.

 

Poczta

Chodzi o pocztę taką listonoszową, nie gmailową. W Polsce z niecierpliwością czekałam na listy - czy to z uczelni, banku, czy nawet z funduszu emerytalnego. (Prawie) każdy list albo prowadził do jakiejś aktywności, albo był potwierdzeniem informacji, która akurat w tym momencie była dla mnie ważna. Takich listów przychodziło do mnie pewnie jeden, dwa tygodniowo - reszta to były reklamy Tesco czy innego Media Markt, które od razu lądowały w koszu, bez większego sortowania.

W Stanach przejście przez pocztę to absolutna katorga, a listów przychodzi 10+ tygodniowo, plus tyle samo do męża. 80% listów jest kompletnie nieważnych - są to albo powiadomienia, które dostałam tydzień wcześniej na maila, albo są to propozycje założenia nowej karty kredytowej, albo są to listy od ubezpieczyciela, który nadal nie podjął decyzji w sprawie oddania mi pieniędzy i bardzo chce mnie o tym poinformować.

Ale, ale, 20% tych listów to listy ważne, a wyglądające identycznie, jak te śmieciowe - dlatego w każdą korespondencję muszę się 5 razy wczytywać, zanim wrzucę ją do rozdrabniacza (czy ktoś ma lepsze słowo na shredder?). Niszczenie listów w Stanach, przy tak dużym zagrożeniu kradzieżą tożsamości, to absolutna konieczność. Dwa-trzy powiadomienia wyciągnięte z mojego kosza na śmieci mogłyby wystarczyć komuś do założenia w moim imieniu kredytu, a mieszkam w apartamentowcu, więc do kosza ma dostęp sporo ludzi. 

 

Rachunki medyczne

Wiadomo, rachunków nikt nie lubi, ale medyczne doprowadzają mnie do szaleństwa. Kiedy idę do lekarza - nigdy nie wiem, jak dużo zapłacę - nie wiem tego nawet po wizycie, kiedy przecież już wiadomo, czy mi zrobili te, czy tamte badania. Rachunek dostaję kilka tygodni do kilku miesięcy później, kiedy już dawno nie jestem chora. Nie mogę go spłacić przez internet - muszę albo przesłać moje dane z karty kredytowej w formie listu poleconego (nigdy w życiu), przesłać czek (prędzej), albo zadzwonić na infolinię i podać moje dane tam (katorga). Innymi słowy, albo czeka mnie spacer na pocztę, albo 45 minut na telefonie. Spłacanie to jeszcze pół biedy, ale dowiedzenie się, dlaczego ten rachunek został pokryty przez ubezpieczyciela w 90%, a inny w 50%, graniczy z cudem.

W grudniu przeszłam przez laparoskopię - usunięto mi jajowód w związku z ciążą pozamaciczną (swoją drogą, to temat na dłuższy wpis). Rachunek dostałam dopiero dwa tygodnie temu - zabieg, który uratował mi układ rozrodczy, a może nawet życie, kosztował ~$17 000, przy czym mam podobno oddać ubezpieczycielowi 10%. Ale dlaczego 10%, skoro przy złamanym nadgarstku zapłaciłam jedynie 3%? Tego pewnie nigdy się nie dowiem.

 

Płacenie podatku dochodowego

Ahh... podatki. Można uciec na koniec świata, na dziki, wolnorynkowy zachód, z daleka od socjalistycznej Europy - a podatki jak były, tak są. W Polsce w miarę rozumiałam system (mama w dziale kadr), w Irlandii podatki były śmiesznie proste - w Stanach nie rozumiem ich kompletnie.

Nikt z moich znajomych nie rozumie ich dobrze - a tyczy się to nie tylko braci imigrantów, ale i Amerykanów, z dziada pradziada mieszkających w Kalifornii. Wszystkie osoby, które pytałam o rozliczanie się, co do jednej przyznają się, że system jest dla nich zbyt trudny, więc na czas rozliczenia zatrudniają księgowego. Nie są to ludzie z własną działalnością, ani z podwójnym zatrudnieniem - nie, ktoś po prostu ma trochę akcji, ktoś ma konto zagranicą, ktoś pracował przez dwa miesiące w innym stanie, ktoś dostał spadek, a ktoś dostał sporą podwyżkę - obliczenie podatku z tak małymi odbiegami od normy jest dla większości nie do przeskoczenia. 

 

Muszę przyznać - ponarzekanie po polsku to terapeutyczne doświadczenie!

Najczęściej pojawiające się pytania przy ubieganiu się o amerykańską wizę turystyczną

Najczęściej pojawiające się pytania przy ubieganiu się o amerykańską wizę turystyczną

Amerykańskie #firstworldproblems, czyli jak Stany utrudniają mi życie

Amerykańskie #firstworldproblems, czyli jak Stany utrudniają mi życie