Kategorie wpisów

Najpopularniejsze wpisy

Jednodniowa wyprawa do Big Sur

Jednodniowa wyprawa do Big Sur

Kilka tygodni temu po raz pierwszy w życiu miałam okazję odwiedzić Big Sur - jedno z najpiękniejszych miejsc w Kalifornii. Jak twierdzi przewodnik Lonely Planet, który wzięłam ze sobą - Big Sur to nie miejsce, Big Sur to stan umysłu. Przekonałam się o tym na własnej skórze, chodząc po tamtejszych górach i oddychając tamtejszym czystym powietrzem.

Geograficznie Big Sur to zielony pas w środkowej Kalifornii, mniej więcej w 1/3 drogi z San Francisco do Los Angeles. Granice regionu nie są dokładnie wytyczone - niektórzy zawężają Big Sur do zaledwie kilkunastu kilometrów wzdłuż wybrzeża Pacyfiku - inni twierdzą, że ciągnie się on przez prawie 200 km.

Okolica oferuje właściwie wszystko, czego potrzebuje zmęczony pracownik korpo z Doliny Krzemowej. Góry - check, plaże - check, lasy - check, chatki z dala od cywilizacji - check. Można chodzić na wycieczki, można surfować, można też szybko jeździć samochodem jedną z najpiękniejszych amerykańskich tras wzdłuż wybrzeża. Nie jest tu wcale tak trudno spotkać pumę czy zobaczyć kondora, a jeszcze łatwiej zaobserwować zwierzęta w wodzie i na plaży - od wydr, przez foki, po orki i wieloryby. No po prostu żyć, nie umierać!

Ten raj na ziemi ma jedną sporą wadę - ceny. Na tak wielkiej przestrzeni mieszka zaledwie 1000 osób - prawie wszystkie pracują w turystyce, ale i to nie wystarcza, by zaspokoić korporacyjny głód ciszy i spokoju. Hoteli, hosteli i domków letniskowych jest jak na lekarstwo, więc ceny za nocleg są mocno wygórowane. A że Big Sur oddalone jest z San Francisco 3h samochodem i prawie dwa razy tyle od Los Angeles, wiele osób, szczególnie tych podróżujących z całą rodziną, zmuszonych jest tu nocować. Te same zasady dotyczą cen jedzenia (brak dużych sklepów - wysokie ceny w restauracjach) czy parkingu (przecież nie zostawię samochodu na cały dzień przy autostradzie).

Największa zaleta Big Sur? Nie ma tam zasięgu 4G - nic a nic. Równie dobrze możemy nie brać ze sobą smartfona - dla takich ludzi jak ja, pokolenia Y, wiecznie zapatrzonego w mały ekran, może to być szok. Nie mogłam uwierzyć, że zaledwie kilka godzin samochodem od technologicznej stolicy świata nie mogę sprawdzić Messengera czy wrzucić zdjęcia na Instagrama. Idę, widzę coś pięknego, robię zdjęcie i... zapisuję w pamięci telefonu na później, bo nic innego nie mogę z tym zrobić. Przerażające i cudowne uczucie jednocześnie.

Kolejna zaleta - Big Sur nie wywołuje FOMO, czyli fear of missing out. Kiedy jedziecie np. do Nowego Jorku, ale nie macie czasu czy ochoty odwiedzić Empire State Building, macie później wyrzuty sumienia. Wasza wycieczka się nie liczy i boicie się, że ktoś się was zapyta o tę atrakcję, którą powinniście byli zobaczyć i będziecie musieli się tłumaczyć (mam nadzieję, nie jestem jedyna, która tego doświadczam!). Big Sur jest piękne na całej swojej rozpiętości i nie ma tutaj czegoś w rodzaju 10 rzeczy, które musisz odwiedzić. Czy pojedziesz na tą plażę czy na tą, przejdziesz przez ten szlak czy ten - twoje doświadczenie Big Sur równie wspaniałe.

Moje zdjęcia poniżej, chociaż polecam też zobaczyć zdjęcia bardziej profesjonalne. Po wyprawie pojechaliśmy ze znajomymi na kolację do Santa Cruz do hawajskiej restauracji - stamtąd też wrzucam kilka zdjęć.

Polka nieprzystosowana: small talk

Polka nieprzystosowana: small talk

Praca, która cię nie pasjonuje, wcale nie jest gorsza

Praca, która cię nie pasjonuje, wcale nie jest gorsza