Kategorie wpisów

Najpopularniejsze wpisy

3 rzeczy, które powinny mnie denerwować w Kalifornii / Stanach, a nie denerwują

3 rzeczy, które powinny mnie denerwować w Kalifornii / Stanach, a nie denerwują

Wiele rzeczy w Stanach może nas denerwować - od niepoprawnego optymizmu, przez dziwne zwyczaje na drogach, po klimatyzację wiecznie włączoną na zbyt niską temperaturę. Do niektórych amerykańskich dziwactw naprawdę można się przyzwyczaić, a czasem nawet je polubić!

Wielkie odległości

Przed przeprowadzką do Stanów mieszkałam w Irlandii - tam dojście do pracy zajmowało mi dwie piosenki. Wychodziłam z domu, włączałam Spotify, szłam aż skończyły się dwa utwory pod rząd i byłam już na miejscu. W Stanach nigdy do niczego nie masz aż tak blisko - wszędzie trzeba dojeżdżać samochodem. Jedynym miejscem, do którego mogę dość pieszo z domu, jest Starbucks :)

Często powtarzające się pytanie w Dolinie Krzemowej to "do you live in the City or in the Bay?", czyli "czy mieszkasz w San Francisco czy w w Dolinie?" - taka informacja dużo mówi o stylu życia. Osoby mieszkające w Dolinie mają bliżej do pracy, ale zdecydowanie mniej rozrywek dookoła - osoby z San Francisco dojeżdżają do biura ponad godzinę, za to w weekend mają wszystko pod nosem.

Ponad godzina w jedną stronę to dużo, prawda? Wyobraźcie sobie, że tracicie dzień w dzień w komunikacji dwie i pół godziny, żeby w weekend czy wieczorami móc wsiąść do autobusu, udając się na zakupy czy do klubu, nie planując całej długiej wyprawy. Dwie i pół godziny to wysoki koszt, nawet jak na Kalifornię.

Jeśli macie blisko do pracy - będziecie mieli daleko do wszystkiego innego. Jeśli blisko macie do rozrywek - będziecie długo dojeżdżać do pracy. Wielkie odległości zawsze należy sobie wkalkulować w nasze plany, jeśli zamierzamy się przeprowadzić do Doliny Krzemowej.

Wrzucanie wszystkich krajów europejskich do jednego worka

"Oh, you Europeans always know how to party hard!", "I love European fashion", "I've been to Europe twice and it was awesome" - w potocznych rozmowach kraje europejskie rzadko kiedy pojawiają osobno, zwykle Amerykanie mówią o Europie jako całości. Gdyby zwrócić im uwagę, że Europa nie jest jednolita i składa się z niepodległych, bardzo różnych od siebie państw, pytają: "So what is European Union exactly?". Trudno się im dziwić :)

Kompletnie mi to nie przeszkadza, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, bycie European nic nie znaczy - jest to tak ogólne stwierdzenie, że mogę zacząć nowe znajomości bez konieczności walki ze stereotypami na temat mojego pochodzenia. Po dwóch latach spędzonych w Irlandii potwierdzam, że o wiele lepiej być European in the US niż Polish in Ireland. Przynajmniej nikt nie poddaje tutaj w wątpliwość mojej narodowości ("are you sure you're Polish? You don't sound Polish") ani nie ma głupiej ciszy, kiedy ktoś palnie jakiś żart o polskich robotnikach. Wiedza Kalifornijczyków na temat Polski jest minimalna i jest to miła odmiana.

Po drugie - tak jak Amerykanie wrzucają Niemców, Francuzów, Greków, etc. do jednego worka, tak i my nadajemy wspólną etykietkę bardzo zróżnicowanym grupom. I Gwatemalczycy, i Urugwajczycy to Latynosi, a nie za bardzo wiemy, czym się różnią, chociaż te dwa kraje dzieli prawie 8000 kilometrów, czyli mniej więcej tyle, ile Warszawę i Seul. Poza tym, jak wcześniej wspomniałam, w przypadku Europy stworzyliśmy sobie Unię Europejską - w oczach Amerykanów UE tworzy z Europy takie trochę Europejskie Stany Zjednoczone. Czy tak jest, czy tak nie jest w rzeczywistości - to już inna historia.

Wszystko jest awesome. A jak coś nie jest awesome, to jest inspiring

Kojarzycie piosenkę "Everything is awesome" z "The Lego Movie"? Wpadający w ucho refren brzmi następująco: Everything is awesome / Everything is cool when you're part of a team / Everything is awesome when we're living our dream. I tacy są Amerykanie - wszystko jest świetne, każdy jest warty komplementu, pracownicy wykonują super robotę, dzieci doskonale się uczą, nawet mając złe oceny.

Denerwujące? Może - szczególnie dla Polaków, którzy są tak dumni ze swojej walki z poprawnością polityczną. Dla mnie to ma sens i sama coraz częściej mówię, że coś lub ktoś jest awesome.

Jest takie powiedzenie "fake it till you make it" - "udawaj, aż się spełni", czyli jeśli coś się nie udaje, udawaj - aż w końcu się uda. Jesteś nieśmiała? Udawaj, że jesteś odważna, aż nabierzesz śmiałości. Boisz się wystąpień publicznych? Kiedy występujesz, udawaj, że jesteś pewna siebie - strach przejdzie sam po jakimś czasie. Zmieniasz pracę i obawiasz się, że nie podołasz nowym obowiązkom? Zapomnij o tych wątpliwościach i wyobraź sobie, że jesteś najbardziej kompetentną osobą na to stanowisko.

Niby naiwne myślenie, ale naprawdę działa. Jak jesteś w jakiejś niefajnej sytuacji, a jednak usłyszysz kilka razy w ciągu dnia, że to, co robisz, jest awesome, twoja samoocena i tym samym odbiór tej niefajnej sytuacji się zmieni. Bez podcinania skrzydeł, bez złośliwości, bez sarkazmu, bez wyciągania kawy na ławę.

W przypadku, gdy coś nie jest awesome, bo jest smutne czy dramatyczne, Amerykanie zawsze wyciągną z tego coś pozytywnego - wtedy to coś jest inspiring. Wojna nie jest awesome, ale postawa żołnierzy jest inspiring. Śmierć mojej babci nie jest awesome, ale jej życie jest dla mnie bardzo inspiring. W "Pamiętniku" Allie traci pamięć, co zdecydowanie nie jest awesome, ale miłość jej i Noah jest silniejsza od choroby, czyli, znowu, jest inspiring. You get the point.

To też nie jest takie głupie - szukanie pozytywów w smutku i cierpieniu. Do mnie taka filozofia życiowa bardzo przemawia, chociaż jestem sobie w stanie wyobrazić, że dla wielu może być sztuczna czy na siłę.

photo-1441123100240-f9f3f77ed41b1.jpeg

Bonus: łazienki w miejscach publicznych. Zawsze tak skonstruowane, żeby mieć zero prywatności. Pomiędzy kabinami nie ma prawdziwych ścian, tylko za krótkie ścianki działowe - tak krótkie, że jak się ktoś pochyli, widać kolana. Drzwi często mają szparę tak dużą, że nawet nie trzeba się pochylać, żeby widzieć, że ktoś jest w środku. Nie denerwuje mnie to tak bardzo, bo chyba już zdołałam się przyzwyczaić, ale na początku był szok. W każdym razie w sprawach łazienkowych - prywatność mamy tylko w domu #firstworldproblems

Wycieczka poza miasto: Monterey i Pebble Beach

Wycieczka poza miasto: Monterey i Pebble Beach

Wiza L1: alternatywa do loterii H1B

Wiza L1: alternatywa do loterii H1B